3 zasady, którymi kieruję się przy planowaniu podróży z dzieckiem

podróże z dzieckiem

Do niedawna podróże z dzieckiem jawiły mi się jako koszmar w najczystszej postaci. Przygotowania do wyjazdu przypominały wyprawę na Marsa, a potem było tylko jeszcze gorzej. Brak wypoczynku, brak snu i brak nici porozumienia na linii oczekiwania rodzica – zachowanie dziecka. W końcu uznałam, że nasze wspólne wyjazdy nie mają sensu i lepiej dla nas wszystkich będzie zostawić córkę z dziadkami. I faktycznie, było wygodniej, sprawniej i po prostu lżej. Ale ten stan trwał tylko do momentu, w którym odezwała się tęsknota. Taka zwykła, prawdziwa potrzeba matki żeby być blisko własnego dziecka. Wtedy postanowiłam, że zrobię wszystko by wspólne podróże z dzieckiem przestały być udręką, a zamiast niej stały się normą, z której stopniowo zaczniemy czerpać coraz więcej przyjemności. Nic nie było proste i nie stało się z dnia na dzień, ale mam pewność że warto było spróbować zmienić swoje nastawienie. Pomogły mi w tym 3 zasady, których wciąż uparcie trzymam się przy planowaniu każdego naszego wyjazdu.

 

1. Nie oszczędzam na hotelu

Można, a nawet warto oszczędzać na biletach lotniczych pod warunkiem, że robisz to z głową. Możesz zaoszczędzić na lokalnym transporcie i odpuścić codzienne korzystanie z drogich restauracji. Ale nie warto oszczędzać na zakwaterowaniu. Nie kiedy podróżujesz z dzieckiem. Dla własnego zdrowia psychicznego najlepsze co możesz zrobić to zarezerwować nocleg w miejscu, w którym nie będziesz się obawiać o bezpieczeństwo swojej rodziny. Osobiście najczęściej decyduję się na hotele 3 lub 4 gwiazdkowe, co już daje mi wstępny pogląd na obowiązujący w danym miejscu poziom usług. Pisałam już, jakie dokładnie kryteria stosuję przy jego wyborze. Nie wierzę ślepo w gwiazdki i zawsze sprawdzam hotel pod kątem różnych wymagań, ale już sama cena za noc daje dość dobry obraz co do jego jakości. Z apartamentów korzystam rzadko i tylko gdy podróżujemy w grupie co najmniej 4 osób dorosłych. Sporadycznie korzystam z pensjonatów. Nigdy nie rezerwuję hosteli.

 

2. Oszczędzam na atrakcjach

Podróże z dzieckiem to nie to samo co podróże we dwoje, a tym bardziej w pojedynkę. Zupełnie jasną sprawą jest fakt, że z małym towarzyszem nie da się zobaczyć tyle samo turystycznych atrakcji w ciągu jednego dnia co bez niego. Jest to niewykonalne zarówno fizycznie jak i emocjonalnie, bo dziecko nie ma możliwości przetworzyć takiej samej ilości bodźców co osoba dorosła, łatwo się męczy i jeszcze szybciej ulega frustracji. Więc jeśli zależy nam tylko na tym, aby zobaczyć jak najwięcej w jak najkrótszym czasie to wyjazd z dzieckiem jest totalnym nieporozumieniem. Dziecko będzie męczyć i irytować, aż w końcu stanie się przeszkodą. Niezbędne jest zatem przeprogramowanie się na inny, wolniejszy i znacznie spokojniejszy tryb podróżowania. Mówiąc wprost – od tej pory cały plan wyjazdu zaczynasz dostosowywać pod upodobania najmłodszego członka ekipy. Ale to jest właśnie najbardziej fantastyczna rzecz jaka się może wydarzyć. Bo od tego momentu przestajesz pędzić i kątem oka zerkać na kolejne rzeźby, budynki, czy widoki jednocześnie szperając w przewodniku i zastanawiając się jak najszybciej i najprościej dotrzeć w kolejne miejsce. Zamiast patrzeć zaczynasz uważniej rozglądać się wokół siebie. Nie zobaczysz 5 miejsc w jeden dzień, ale jedno, najwyżej dwa. I to jest największy paradoks – zobaczysz mniej, ale tak naprawdę dostrzeżesz więcej. Owszem, będziesz musiała biegać za swoim dwulatkiem, odwiedzać kolejną restaurację w poszukiwaniu toalety i co chwilę kupować przekąski by przekupić swoją pociechę do spokojnego siedzenia w wózku. To nie jest sielanka. Ale jest prawie pewne, że po dłuższym spacerze twoje dziecko padnie w wózku, a ty będziesz w końcu mogła spokojnie usiąść w restauracji albo obejrzeć to miejsce do którego szliście przez pół dnia. A przy okazji zaoszczędzisz, bo zamiast tych 6 biletów wstępu kupisz tylko 2.

podróże z dzieckiem

 

3. Oszczędzam nerwy

Kiedy wyjeżdżamy w podróż we trójkę wiem, że od tej chwili nie kontroluję biegu wydarzeń i niczego z całą pewnością nie mogę zaplanować. To nie znaczy, że nie warto tego robić. Bardzo wskazane jest, aby zastanowić się co można w danym miejscu zobaczyć, gdzie pójść, co zjeść i jak tam dotrzeć. Istotne jest, żeby wiedzieć że nie masz wpływu na to co się wydarzy. I tak byś nie miała, ale z dzieckiem ta prawda uderza z podwójną siłą. Dlatego od kiedy wyjeżdżamy we trójkę przestałam się szarpać i stresować. Moje pierwsze próby przejmowania kontroli nad sytuacją kończyły się kompletną porażką i falą ogromnej frustracji. Rzucałam się jak ryba bez wody, aż w końcu uznałam że nie mam wpływu na zachowanie swojego dziecka. Do niczego nie mogę Jej zmusić. I to ja muszę się dostosować i nauczyć elastyczności. Od tamtej pory nic nie zmieniło się za dotknięciem magicznej różdżki. Wciąż muszę pracować nad tym, aby nie planować wyjazdu co do minuty. Ale przestałam się tak strasznie spinać i lepiej organizuję nasz czas:

1) Przed wyjazdem robię listę rzeczy, które ewentualnie moglibyśmy zobaczyć i zrobić na miejscu, z założeniem, że jeśli tak się stanie będzie miło, a jeśli nie to spędzimy czas inaczej.

2) Wyznaczam tylko kilka najważniejszych atrakcji, które chcemy zobaczyć i dopasowuję je do naszego rozkładu dnia.

3) Pilnuję, żeby były to rzeczy niezbyt męczące dla małego dziecka.

4) Staram się, by odwiedzane miejsca były w jakimś stopniu interesujące dla maluszka. Zamiast półdniowej wspinaczki po schodach do klasztoru na górze staram się odwiedzić zoo, pójść do muzeum zabawek, czy wybrać się do parku wodnego. Jeśli danego dnia żadnej z tych rzeczy nie możemy zrobić – szalejemy na placu zabaw albo zamieniamy wyjście do restauracji w ciekawą wyprawę.

5) Awaryjnie trzymam listę dodatkowych rzeczy, które można by było zrobić, gdyby nasza mała dama miała wyjątkowo radosny okres. Jak tej pory nigdy się to nie udało…

6) Nic na siłę. Trzeba będzie wrócić wcześniej do domu? Zrobię to bez grymaszenia i tupania nogą, że nie tak miało być. Włączanie na luz to chyba najważniejsza umiejętność, którą warto posiąść będąc rodzicem.

podróże z dzieckiem

 

Podróże z dzieckiem to nie lada wyzwanie. Ilość czasu poświęconego na przygotowania do wyjazdu może przekroczyć ilość dni spędzonych na „urlopie”. Masa rzeczy, które trzeba przemyśleć i przewidzieć może skutecznie zniechęcić i odebrać frajdę nawet z najciekawszej opcji wyjazdu. I myślę, że to jest najważniejszy powód, dla którego wielu rodziców odpuszcza podróżowanie na kilka pierwszych lat życia swoich pociech. Ale wspólne wyjazdy przyniosą w końcu upragnioną satysfakcję, potrzeba tylko do tego determinacji i chęci, by to zrobić.

 

Podobne wpisy